Jasne niebo przy snuła szarawa
poświata, zmieniając w ten sposób jego kolor na ciemniejszy i bardziej
wyrazisty. Księżyc zaczął powoli wynurzać się zza śnieżnobiałych chmur,
które łącznie z nadejściem nocy, powoli zmieniały swoją barwę na
ciemniejszą i bardziej pogmatwaną w szarości. Mgła rozprzestrzeniała się
nad całą powierzchnią miasta, a wiatr delikatnie pieścił plecy, niczym
ciepły rodzaj przechodzącego dreszczu. Szłam przed siebie pewnym krokiem
i mimo późniejszej pory nie oglądałam się za siebie. Mystic Falls było
tak spokojnym miastem, że nie należało się w nim bać absolutnie niczego.
Właśnie to czyniło to miejsce tak niemiłosiernie nudnym, że razem z
przyjaciółmi zaczęliśmy szukać klimatycznych miejsc za miastem, w celu
odcięcia się od nudnej rzeczywistości Mystic Falls. Odkąd tylko pamiętam
intrygowały mnie opuszczone posiadłości, które po wielu latach
bezużytecznego stania w gruncie zostały uznane za nawiedzone. Mimo
rzekomej inności tych miejsc, domów, czy bunkrów, nie bałam się tam
przebywać. Dla mnie, miejsce nie istnieje jeśli nie ma odpowiedniego
klimatu, co najczęściej wiąże się z jego odmiennością pod względem
mieszkalności, lub uznania paranormalnego. Właśnie w takie miejsce
miałam się teraz udać. Zmierzałam do opuszczonej posiadłości
Whiteroste'sów na obrzeżach sąsiedniego miasta. Ostatnio, wybrałam się tam z Meredith - moją najlepszą przyjaciółką. Urządziłyśmy sobie tak kąt, lubiłyśmy tam przebywać. Właśnie teraz mam się z nią tam spotkać. Powoli zbliżałam się do starego
mostu przy lasku, gdy poczułam lekkie wibracje wydobywające się z mojej
kieszeni. Wyciągnęłam aparat ze spodni i odczytałam nowo otrzymaną
wiadomość. Była od Meredith. Oczytałam ją cicho"Hej Colette. Ja już jestem na miejscu, pośpiesz się. xoxo Mer.". - Xoxo, Mer? - Zdziwiłam się wkładając telefon do kieszeni. Meredith zawsze kończyła wiadomość zwrotem "do zobaczenia", albo "3maj się". Co ją tak nagle naszło? - Pomyślałam unosząc brwi. Powoli zbliżałam się do umówionego miejsca. Chłód
nadal ocierał się o moje plecy i haczył o gałęzie przydrożnych drzew.
Światło latarni
spowijało migoczącym blaskiem jedną z kamienic do której się zbliżałam.
- Poznajcie moje miejsce z duszą, śmiertelnicy. - Pomyślałam i
zaśmiałam się w duchu. Dotarłam do miejsca, gdzie drzwi i okna
wszystkich pobliskich domów były zacementowane. Rozejrzałam się po
okolicy i przymrużyłam oczy. Wszystko dookoła zdawało się wyglądać normalnie... W na swój sposób
chorym znaczeniu tego słowa. Kto normalny pałęta się po opuszczonych
kamienicach po nocy? Odpowiedź brzmi - Ja. Podeszłam do jednego z
budynków. Mimo, że wszystkie wejścia były zacementowane, w jednym z
okiem można było dostrzec przysłoniętą cegłami dziurę. Odłożyłam na bok
kilka cegieł, odsłaniając tym samym wejście do środka. Jeszcze raz
obejrzałam się za siebie, po czym bez wahania podciągnęłam się i
przełożyłam nogi przez otwór w zacementowanym oknie. Zeskoczyłam na
drugą stronę. Widok brudu i chaosu panującego wewnątrz nie był dla mnie
dziwny. Stosy niepoukładanych książek, walające się czasopisma, stare
bluzy wiszące na meblach i oczywiście rzucająca się w oczy, duża,
czerwona sofa. Miejsce idealne, prawda? - Brakuje tu tylko komiksu na
ścianie, który i tak za niedługo będzie. - Pomyślałam, jak za każdym
razem gdy wchodziłam tutaj. Jedynym dziwnym, a wręcz niepokojącym
punktem tego miejsca było to, że znajdowałam się w nim zupełnie sama.
Rozejrzałam się i przymrużyłam oczy w zdziwieniu.
- Mer? - Zawołałam,
chodząc w kółko po brudnej wykładzinie. Usłyszałam szmer - o dziwo - nie pod
moimi nogami. Rozejrzałam się przerażona, przełknęłam ślinę i zrobiłam kilka
niepewnych kroków w przód. Zarzuciłam torbę przez ramię.
- Halo? Ktoś tu
jest? - Odpowiadała mi głucha cisza. Przeszłam dystans kilku metrów i
wróciłam do miejsca w którym stałam chwilę temu.
-Halo? - Tym razem
usłyszałam czyjeś kroki. Obróciłam się za siebie, a moje plecy przeszył
nieprzyjemny chłód świeżego oddechu. Ponownie wykonałam obrót, ale nie
zdążyłam nawet popatrzec przez siebie. Przeciwnik zaatakował mnie
wykonujac szybki cios w klatke piersiową. tak mocny, że wylądowałam
kilka metrów dalej uderzając głową w ścianę. Upadłam zwijając sie z bólu.
Popatrzłam przed siebie - nikogo nie było.
Usłyszałam ciche parsknięcie za plecami. wstałam z ziemi i pobiegłam
przed siebie. Momentalnie uchwyciłam spojrzeniem twarz stworzenia
znajdującego się przede mną - Gdyby nie twardówki i tęczówki zastąpione
czarną plamą, pomyślałabym, że to normalna osoba.
- Kim Ty do cholery jesteś?!- Krzyknęłam zaniepokojona. - Gdzie jest Mer? Osoba stojąca kilka metrów przede mną podeszła do mnie. Przełknęłam głośno ślinę, mimo, że w gardle miałam sucho. Właśnie wtedy ujrzałam drugie oblicze mojego przeciwnika. Jasne, blond włosy do pasa, przez które przewijała poświata lodowatej bieli. Oczy - jeszcze przed chwilą całkowicie czarne, teraz zamieniły się w niebieskie iskry podkreślone czarną oprawą i wachlarzem rzęs. Idealnie owalna twarz i zgrabna sylwetka, tworzyły kobietę stojąca przede mną niemal idealną. Podeszła bliżej. Czułam jej oddech na swoim ciele. Jej wzrok całkowicie sparaliżował zarówno moje ciało jak i umysł.
- Jeśli chcesz odzyskać przyjaciółkę... - Przerwała w połowie zdania i niemal rozpłynęła się w powietrzu,po czym wróciła w to samo miejsce. Na rękach trzymała doskonale znaną mi dziewczynę, o czarnych włosach i białej cerze.
- Mer! - Zawołałam przerażona, ale przeciwniczka w jednej chwili zasłoniła mi usta ręką.
- A więc. Jeśli chcesz odzyskać przyjaciółkę, musisz współpracować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz